Gówno prawda chodziło za mną od czternastu minut. Nijak miało się do zapalonych latarni ani zimnej kawy. Przychodziło do głowy w sposób rozmiękły i bez smaku. Jakbym była to bym wiedziała, jakbym była to bym umiała, jakbym była, ale nie jestem. Uwierz mi, że wyschnięte rodzynki na parapecie wyglądają o wiele gorzej niż klatka maniany. Za każdym razem trzeba się szczypać w mózg, że kurczę (żadna tam kurwamać), że przecież halo.
No dobra, przyznam się osobiście zajebiście, że mam taki w tej chwili stan, że jest mi niedobrze. Zaraz mi przejdzie, albo nie przejdzie, gówno prawda.
Jak to jest, że ona tam stała, malowała sobie usta szminką przed lustrem i nie widziała na jedno oko? Nie słyszała też na jedno ucho, ale za to radość ją rozbierała/rozpierała ogromna, bo przecież dzisiaj ktoś ją będzie podziwiał i oglądał i dotykał i mówił czasem jakąś monosylabą, ale fantastycznie. Jak to się stało, że jej tak ciężko jest jak schodzi ze schodów? Bo ja nie wiem. Ja wiem gówno prawda.
A za doliną, rzeką, górą i chmurą oraz nad chodnikiem i między garażami płynęła sobie energia. Zrobić wszystko, żeby ją chwycić za rękę. Tak do pary.